Odpicuj swój wózek. Pedro Gadanho

Uwagi i narracje o handlu ulicznym.

Kawonauta

Juan otwiera oczy. Stara się nie zbudzić śpiących u jego stóp dzieci. Delikatnie dotyka ramienia żony, która bezszelestnie przewraca się na drugi bok. To jedyna chwila w ciągu całego dnia, kiedy może się napawać jej zapachem; wkrótce smród rozgrzanych upałem śmieci przykryje wszystkich niczym ciepły koc. Juan nie czuje już kawy, którą żona parzy w kącie. Szybko obmywa twarz wodą ze sczerniałej miednicy i wygląda przez szparę na zewnątrz. Nocne niebo powoli przybiera odcień fioletu. Żona nalewa mu kawę do specjalnego plecaka i pomaga zapiąć paski. Z dwudziestoma litrami kawy na plecach, z ręką zaciśniętą na plastikowej rurce do nalewania Juan opuszcza swój ciasny barak. Macha na pożegnanie, ale zapomina się uśmiechnąć. Idzie w mżawce, rozchlapując kałuże błota. Gdy jest już blisko głównej ulicy, w tłumie ludzi idących na autobus, wypatruje innych kawonautów. Macha do Pabla. Rozkłady mają w małym palcu; zanim dojadą na główny targ w Distrito Federal, przesiadają się osiem lub dziewięć razy. Spotykają się tam o świcie, po uzupełnieniu zapasów kawy na stacji. Dotarcie do centrum zajmie Juanowi trochę więcej niż standardowe dwie i pół godziny. Ale to właśnie rankiem, w zatłoczonych autobusach, jest w stanie najwięcej zarobić, pompując w ludzi kofeinę.

Mądrość ulicy

Na ulicach parno. Jeździ mnóstwo motorów – w całym mieście jest ich podobno aż osiem milionów. Na zaledwie 12 milionów mieszkańców. Jedną z pierwszych rzeczy, jakich musieliśmy nauczyć się po przyjeździe do Sajgonu, było przechodzenie przez ulicę. Świateł nie ma. Kiedy człowiek rozpocznie już ryzykowną przeprawę na drugą stronę, nie wolno mu się zatrzymać, przyspieszyć ani zwolnić. Trzeba miarowym krokiem wmaszerować prosto w zwartą, ruchomą masę pojazdów. Patrzysz motocykliście w oczy i bez słów umawiacie się, czy przejedzie przed tobą, czy tuż za twoimi plecami. Patrząc na kierowców, którzy zręcznie cię wymijają, zaczynasz im dziwnie ufać. To nie jest miasto dla ludzi o słabych nerwach. Gdy zgłodnieliśmy, najpierw spróbowaliśmy równie tajemniczych, co pysznych smakołyków na zatłoczonym targu, po czym uznaliśmy, że pora zjeść kolację na ulicy. Jak zwykle w Azji, wszędzie roiło się od straganów ze smażeniną, owocami, słodyczami, suszonymi owadami i mnóstwem różnych dziwów. Ale najciekawszym zjawiskiem były prowizoryczne stoiska rozstawiane po zmroku. Nad wielkimi garami z makaronem siedziały starsze panie, z tyłu piętrzyły się sterty plastikowych krzesełek. Biorąc przykład z miejscowych, wzięliśmy sobie po takim krzesełku i usiedliśmy z innymi. Jedna ze staruszek podeszła do nas, postawiła przed nami miski, chlupnęła do nich gorącej wody i nalała najpyszniejszej zupy z makaronem, jaką w życiu jedliśmy. Obok przechodzili ludzie, a my z rozkoszą siorbaliśmy babciny bulion za 60 centów. Rozmawialiśmy o tym, że u nas taki autentyczny kontakt z żywiołem miasta jest już dawno niemożliwy. Za dużo mamy przepisów, wszystko musi mieć atest sanepidu. Zapomnieliśmy, jak przyjemne i spontaniczne potrafi być prawdziwe miejskie życie.

Odpicuj mi wózek

Gdy spojrzy się na prace Krzysztofa Wodiczki z lat 80., od razu widać, że – w kategoriach miejskiego nomadyzmu – istnieje silny związek między bezdomnością a handlem ulicznym. Jego pojazdy dla bezdomnych w ironiczny sposób przypominają minikrematoria, które zapowiadają polityczne harakiri w jakiejś bliżej nieokreślonej przyszłości. Ale jednocześnie te futurystyczne wynalazki mogą służyć do sprzedawania przechodniom kurczaka z rożna. Podobne przesłanie ma instalacja Michaela Rakowitza ParaSITE homeless shelter (Azyl dla bezdomnych „Pasożyt”) z 1997 r. Można z niej wysnuć wniosek, że sprzedawcy uliczni mogliby, wzorem bezdomnych, sprytniej „pasożytować” na infrastrukturze miejskiej. Rakowitz swoje pomysłowe przenośne sypialnie dla bezdomnych nadmuchuje i ogrzewa gorącym powietrzem wydobywającym się z klimatyzatorów. Tak samo handlarze mogliby zrobić użytek z niewykorzystanych zasobów miejskich – czy to energetycznych, czy to przestrzennych. Nagle aż dziw bierze, dlaczego bezrobotni architekci czy projektanci ze społecznikowskim zacięciem nie poświęcają więcej uwagi szukaniu innowacyjnych rozwiązań dla handlarzy. W końcu Reyner Banham już jakiś czas temu zainspirował się wyglądem furgonetek z lodami. Dziś auta sprzedawców ulicznych na stałe wpisały się w miejski krajobraz, wobec czego zasługują chyba na uwagę artystów i projektantów. Gdzie są te wszystkie ustrojstwa w stylu kosmiczno-barokowym, o których fantazjował Banham w eseju Sundae painters, te projekty żywcem wzięte z najbardziej nieokiełznanych fantazji kultury popularnej? Gdzie są wózki „skolonizowane przez miszmasz niespokrewnionych ze sobą wzorów”? Osoby spragnione podobnych widoków powinny odwiedzić São Paulo. To tutaj działa ruch „Odpicuj mi wózek”, który zaczął się od wózków śmieciarskich, a z czasem objął swym zasięgiem wszelkie pojazdy ulicznych handlarzy krążących po brazylijskim megalopolis. Warto zauważyć, że istotą tego ruchu jest poprawa samopoczucia społecznego. Na zgrabnie zmontowanych filmikach na YouTube mieszkańcy opowiadają z dumą, że odpicowywanie budzi podziw i szacunek w miejsce dotychczasowej nienawiści i wykluczenia. Ruchy sprzedawców rosną w siłę, a furgonetki z jedzeniem stają się obiektem kultu i mają nawet popularne konta na Twitterze; może więc w spontanicznej kulturze handlu ulicznego nadeszła już pora designerskiego renesansu?

Nowy Jork, 21 września 2012

Przełożył Łukasz Witczak